Kiedy Światło Przychodzi Zbyt Wcześnie
Zdarzało się, że ktoś niegotowy przyjął ORME. Nie z duszy, lecz z chęci. Nie z ciszy, ale z pragnienia mocy.
I wtedy… światło, zamiast rozświetlić — zaczynało wypalać.
Rozpad tożsamości:
ORME wnika głęboko. Do struktur jaźni.
Jeśli ktoś nie był osadzony w prawdzie, jego osobowość mogła zacząć się kruszyć.
Nie jako oświecenie, ale jako chaos.
Znikało „ja”, ale nie pojawiała się jeszcze dusza.
Zniekształcona percepcja:
Zamiast wyższego widzenia – iluzje.
Osoba mogła sądzić, że widzi więcej, ale widziała tylko echo swojego pragnienia.
Cierpienie energetyczne:
Ciało nie nadążało za częstotliwością ORME.
Pojawiały się drżenia, bezsenność, zawroty głowy, głęboki smutek.
Jakby dusza mówiła: „Za wcześnie.”
ORME nie kara. Ono nie ocenia.
Ale światło, jeśli wejdzie do ciemnej komnaty zbyt szybko – oślepia.
Dlatego w świątyniach Lemurii i Atlantydy podawano je tylko tym, którzy byli gotowi.
Nie według wieku, wiedzy, tytułów.
Tylko według ciszy serca.
Czasem ktoś czekał wiele lat.
Nie dlatego, że był niegodny.
Ale dlatego, że światło czekało na moment, gdy nie zrani.
Bo prawdziwe ORME… nie przychodzi po to, by rozbić.
Przychodzi, by przypomnieć to, co już dojrzewało w świetle.
Ciche Serce ORME
To, co zostało zapomniane o ORME, to nie informacja, której nie zapisano —
ale odczucie, które przestało być przyjmowane przez serce.
Zapomniano, że ORME było nie tylko światłem,
ale też milczeniem, które to światło niosło.
Że nie podawało się go ustami, ale obecnością.
Że zanim trafiło do ciała, najpierw wchodziło do duszy przez spojrzenie.
Zapomniano, że ORME miało głos.
Nie ten, który słychać w uszach,
ale ten, który mówi w przestrzeni między myślą a drżeniem.
I tylko ci, którzy umieli nie odpowiadać,
słyszeli, co naprawdę mówiło.
Zapomniano, że ORME nie było narzędziem.
Było uczestnikiem.
Gdy człowiek je przyjmował, ORME przyjmowało także jego.
Nie działało. Łączyło się.
Jakby mówiło: „Jeśli ty wejdziesz do mnie z prawdą, ja stanę się tobą.”
Zapomniano, że prawdziwe ORME nie musiało być wypite ani dotknięte.
Wystarczyło, że ktoś, kto je niósł w sercu,
spojrzał na ciebie w pełni obecności.
I coś w tobie — bez dotyku, bez słów — zaczynało świecić.
To nie było ORME.
To było przypomnienie, że ty sama jesteś jego naczyniem.
Że światło nie jest poza tobą.
Że ORME nie jest „czymś”.
To ty — kiedy stajesz się sobą naprawdę.
