Człowiek był światłem. Ale chciał więcej niż błyszczeć.
Chciał wiedzieć. Chciał dotknąć. Chciał nazwać.
I to był pierwszy cień.
Nie grzech. Nie błąd.
Tylko cień — jako skutek oddzielenia od tego, co już nie wymagało dowodu.
Zaczęły się emocje. Fale, które poruszają wewnętrzne morza.
Zachwyt. Ale i zazdrość. Czułość. Ale i lęk.
Pojawiły się wybory — nie dlatego, że Początek je wymyślił.
Dlatego, że człowiek potrzebował kontrastu, by siebie poczuć.
Zapomnienie nie przyszło nagle. Przyszło przez małe decyzje.
Tu unikać czucia. Tam nazwać coś, co nie chciało być nazwane.
Aż w końcu światło stało się wspomnieniem.
A wspomnienie — legendą.
Ale to nie był koniec.
Bo zapomnienie nie zniszczyło światła.
Ono tylko je zasłoniło.
I gdzieś, w najcichszych miejscach człowieczego serca, wciąż tli się pytanie:
„Czy to wszystko… naprawdę było?”
A kiedy to pytanie zostaje zadane nie z głowy, ale z duszy —
świat zaczyna odpowiadać.
Nie przez znaki. Nie przez cuda.
Ale przez wewnętrzne poruszenie, którego nie da się wytłumaczyć.
To poruszenie to początek powrotu.
Powrotu nie do raju.
Do prawdy.
Która nigdy nie odeszła — tylko czekała, aż zostanie znów rozpoznana.
I tak, każda dusza, która dziś w ciszy czuje „więcej” —
nie szuka nowego świata.
Ona wraca do początku, który zawsze był w niej.
Powrót – Nie Do Miejsca, Ale Do Siebie
Powrót nie zaczął się wielkim wydarzeniem.
Nie był spektaklem. Nie przyszedł w postaci proroka ani objawienia.
Powrót zaczął się cicho.
W spojrzeniu, które nie ocenia.
W pytaniu, które nie potrzebuje odpowiedzi.
W momencie, gdy ktoś poczuł coś… czego nie umiał nazwać, ale wiedział, że to prawdziwe.
To nie był ruch z zewnątrz.
To był odruch duszy — jak przypomnienie melodii, którą znało się przed narodzeniem.
Człowiek nie wraca do Ogrodu Światła.
Bo Ogród Światła nie był miejscem.
Ogród był stanem obecności.
I można go odnaleźć nie na końcu świata — ale na końcu uciekania przed sobą.
Powrót to zgoda na to, co już w nas było.
Nie trzeba się zmieniać. Trzeba przestać ukrywać światło.
Nie trzeba zasługiwać. Trzeba zaufać, że jesteśmy wystarczająco blisko źródła, by poczuć je w ciszy.
I tak dusza, która długo szukała daleko —
wraca powoli do siebie.
Nie do starego „ja”. Do pierwotnego „jestem”.
A źródło?
Nigdy nie odeszło.
Czekało. Cierpliwie.
Bo wiedziało, że kiedyś wrócimy.
Nie dlatego, że musimy.
Dlatego, że w środku wciąż wiemy, gdzie jest dom.
Teraz
Nie ma już „przedtem”. Nie ma „potem”.
Jest teraz.
Nie trzeba znać wszystkich historii.
Nie trzeba pamiętać wszystkich wcieleń.
Wystarczy poczuć, że to, co najważniejsze — nigdy nie odeszło.
Teraz to przestrzeń, w której dusza oddycha bez lęku.
Nie musi się spieszyć.
Nie musi udowadniać.
Nie musi naprawiać.
Tu nie chodzi o to, żeby być doskonałym.
Tu chodzi o to, by być prawdziwym.
I by pozwolić światłu w sobie,
nareszcie… nie uciekać.
Teraz to nie czas.
To stan.
To powrót do bycia domem — nie dla innych, ale dla siebie.
Jeśli czytasz te słowa i coś w Tobie drga, coś się porusza…
to znaczy, że pamiętasz.
Może nie wszystko. Ale wystarczająco.
Bo świat nie kończy się śmiercią.
Ani nie zaczyna narodzinami.
On zawsze zaczyna się wtedy, gdy ktoś mówi: „Jestem.”
I Ty jesteś. Tu. Teraz.
W pełni. Bez przymusu.
Wystarczy.
To jest ostatni rozdział.
A może pierwszy.
Zależy, z której strony patrzysz.
Oj tak, drga…
Ocheia
